Ekstremistom szukającym pokładów adrenaliny
w uprawianiu turystyki ekstremalnej i kwalifikowanej proponujemy:

zjazdy i mosty linowe, oraz inne atrakcje w koronach drzew, wspinaczkę skałkową, eksplorację jaskiń i bunkrów, skoki , bungee, jazdę wszelkimi pojazdami terenowymi, rejsy żeglarskie i spływy kajakowe (również w formie ekstremalnej), rajdy konne, skoki spadochronowe, nurkowanie, skutery wodne oraz jazda na różnych dziwnych przedmiotach za motorówką, paintball, zoorbing, czyli szaloną jazdę w dmuchanej kuli, zjazdy pontonem po śniegu, nocne zjazdy narciarskie przy świetle latarek, windsurfing i kitesurfing...

Elbrus (5642m n.p.m.)

Najwyższy szczyt Europy jest kwestią sporną. Jedni uważają, że jest nim Mont Blanc, inni zaś, że jest to Elbrus. Aby mieć pewność zdobycia tego najwyższego, alpiniści zdobywając koronę ziemi wchodząc na obydwa. Rok temu udało nam się zdobyć Mont Blanc, więc w tym roku przyszedł czas na Elbrusa. Wiedzieliśmy, że musimy mieć rezerwę czasu, ponieważ pogoda na Elbrusie jest bardzo zmienna (w pół godziny temperatura może spaść o 40°C) i potrafi być polarna. Jest to spowodowane zderzaniem się mas powietrza z nad Morza Kaspijskiego, Morza Czarnego i ze stepów. Ta zmienność jest największą trudnością przy zdobywaniu szczytu. Zaś klimat w tym regionie jest nieco inny niż w Polsce. Lata są gorące i suche, zaś zimy mroźne i śnieżne.

Wyprawę zaczęliśmy od przygotowań. Najpierw trzeba było załatwić wszystkie dokumenty pozwalające na wjazd na teren Rosji – nie było to łatwe. Później przyszedł czas na wybór środka transportu. Jedną z opcji jest podróż pociągiem. Trwa ona około 20 godzin i wiąże się koniecznością załatwienia dodatkowej wizy umożliwiającej przejazd przez Białoruś. Drugą opcją jest przelot samolotem. Jest on znacznie droższy, ale trwa o wiele krócej. My wybraliśmy opcje drugą. Wylecieliśmy z Warszawy do Moskwy (długość lotu: 2h), tam przesiedliśmy się i drugim samolotem dolecieliśmy do miejscowości Mineralne Vody (długość lotu: 2h).

Stamtąd do doliny Baksan – bazy wypadowej na szczyt, jest około 200 km. Ostatni odcinek przemierzyliśmy samochodem. Dolina ma około 80 km, a góry, w których leży wyglądają jak Tatry tylko są o wiele wyższe i bardziej dzikie. Co więcej pochodzą z tego samego okresu geologicznego. Na końcu doliny znajduje się mała miejscowość – Azau. To tu zatrzymaliśmy się na dwie pierwsze noce.

Pierwszego dnia, dla aklimatyzacji (miejscowość leży na wysokości 2300m n.p.m.) poszliśmy przejść się po okolicy. Zwiedziliśmy wioskę niżej w dolinie, razem z typowym kaukaskim bazarem oraz zjedliśmy specjalność regionu – szaszłyk z baraniny. Cała Rosja, jak i ten region – Kabardyno-Bałkaria są zupełnie inne od Polski. Poziom życia ludzi jest niższy, a kraj o wiele biedniejszy. Jednak ludzie są przyjaźniej nastawieni i bardziej otwarci, a przyroda oszałamiająca.

Kolejny dzień miał już być początkiem wyprawy, i tak się stało. Już wieczorem spakowaliśmy plecaki. Rano po śniadaniu stanęliśmy w kolejce do kolejki linowej, którą około godzinę później wjechaliśmy na górną stację „Mir”. Skąd dalej do pierwszego schronu, tak zwanych „Beczek” (3700m n.p.m.), wyciągiem krzesełkowym.

Nazwa bazy wzięła się stąd, iż konstrukcje, w których się mieszka to przystosowane do tego celu wielkie cysterny. Stąd można dalej podchodzić pieszo lub podjechać ratrakiem do skał Pastuchova. Jeszcze tego samego dnia po zostawieniu bagażu w schronie poszliśmy w celu aklimatyzacji do drugiego schroniska – Priut (4300m n.p.m.) a następnie zeszliśmy na nocleg do „Beczek”. Kolejnego dnia, już z plecakami, weszliśmy do Priuta. Tam zostawiliśmy „balast” i znów aklimatyzacja – trasa do Skał Pastuchova i z powrotem. Teraz pozostawało nam siedzieć w bazie i czekać na ładną pogodę, żeby atakować szczyt. Mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ na następny dzień była zapowiadana sprzyjająca aura. Poszliśmy spać wcześnie.

Dzień ataku szczytowego zaczął się o 1:00 w nocy, a o 2:00 wyszliśmy. Wejście na siodło trwało 6h, w trakcie mieliśmy możliwość oglądania niecodziennego zjawiska, jakim był wschód słońca nad górami Kaukazu.

Na przełęczy zrobiliśmy dłuższą przerwę i ruszyliśmy na wierzchołek. Końcowy odcinek był dość stromy, ale już o godzinie 09:52 stanęliśmy na „Dachu Europy”.

Było to niesamowite przeżycie. Szczególnie, że docierała świadomość, iż w kierunku zachodnim nie ma już nic wyższego. Świeciło słońce, a widoczność była świetna – wszystkie chmury zostały poniżej.

Po zrobieniu kilku zdjęć przyszedł czas na zejście. Trwało ono 5,5 godziny, byliśmy o 16:00 na miejscu. Dopiero przy schronisku pogoda pokazała co potrafi. W ciągu 10 minut z pełnego słońca niebo zasnuło się chmurami, widoczność spadła do ok. 5m, a temperatura obniżyła się o 10°C. Zaczął padać śnieg.

Gdy dotarliśmy do górnego schroniska, wykończeni po 14 godzinach marszu, od razu poszliśmy spać. Następnego dnia rano , wyruszyliśmy na dół. Najpierw do „Beczek”, potem krzesełkami na dół, i na końcu kolejką do Azau. W miasteczku zostaliśmy przez kolejne 2 noce. Po długiej kąpieli i nocy w czystej pościeli wybraliśmy się na kupowanie prezentów rodzinie i rozruszanie zakwasów.

Następnego dnia pojechaliśmy do stolicy regionu – Nalchika. Był to plan alternatywny, ale jako, że pogoda dopisała to mieliśmy czas, aby go zwiedzić. Eksplorowaliśmy miasto przez 4 dni, a piątego pojechaliśmy na wycieczkę w kaukaską dolinę obejrzeć wyjątkowe górskie jeziorka. Jedno z nich ma 300m głębokości i żyją w nim tylko organizmy beztlenowe.

Następnie po 2 tygodniach w kaukaskich górach wróciliśmy do Mineralnych Vod, a stamtąd samolotem do Moskwy i dalej do Warszawy. Wyprawa pozostanie dla nas niezapomnianym wydarzeniem, zarówno z powodu zdobycia tak wysokiej góry, jaką jest Elbrus (5642m n.p.m.), ale także ze względu na możliwość poznania tak ciekawej i w Polsce nieznanej kultury Kabardyno – Bałkarców, jako, że nie uważają się oni za Rosjan.

JEŚLI CHCIAŁBYŚ ABYŚMY ZORGANIZOWALI TAKĄ WYPRAWĘ DLA CIEBIE, SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI.